Obecna pogoda to kompletnie nie moja bajka. Nie mogę się nijak zebrać do pisania, żar lejący się z nieba za oknem kompletnie do mnie nie przemawia. Jeżeli temperatura przekracza 24 stopnie, ja jestem nie do życia. I jest to jeden z tych powodów, dla których trzeba było czekać tak długo na uaktualnienie posta.
Ale postanowiłam się w końcu zebrać w sobie i dziś stawiam na bardzo naturalny kosmetyk. No właśnie - jak bardzo?...
ELIZAVECCA
gościła już u mnie parokrotnie. Była już recenzja 👉
kremu pod oczy, była też już
👉esencja z wyciągiem z grzybków.
Dziś czas na
kolejną esencję reklamującą się jako stuprocentowy ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej. O wąkrotce i jej właściwościach też już było na moim blogu, więc jeżeli jesteście ciekawi, czemu owa roślinka zyskała taką popularność w przemyśle kosmetycznym - zapraszam
👉pod ten adres.
Wracając do esencji....Kosmetyk zainteresował mnie swoim składem, a dokładniej wspomnianym tylko 100% wyciągiem z wąkrotki, co ma sprawić, że skóra stanie się napięta, odżywiona, rozjaśniona. Wąkrotka przeciwdziała też efektom starzenia, więc esencja jest wspomagaczem w walce ze zmarszczkami, ziemistym kolorem czy przebarwieniami, pomaga też w przywróceniu równowagi skórze.
Pamiętając o właściwościach ziela, zamówiłam kosmetyk.
Esencja nie kosztowała jakiejś zawrotnej sumy, było to chyba coś koło 15$.
Przybyła opakowana w szklaną butelkę - identyczną jak różana esencja z Secret Key czy osławiona First Essence z Misshy.
Pojemność - 150 ml. Kosmetyk jest bardzo wodnisty, ma brunatno - zielony kolor i ziołowy zapach.
SKŁAD: 100% extract Centella Asiatica.
Zatrzymajmy się chwilę przy składzie. Otóż na stronie YesStyle doczytałam się, że skład należy do tajemnic firmy i należy go odczytać na pudełku. Na pudełku nie znalazłam żadnego hasła określającego skład - chyba, że jest po koreańsku. Ale zwykle Elizavecca umieszcza składy po koreańsku i angielsku, tu jest nie inaczej, ale tylko w przypadku opisu kosmetyku i działania. Składu nie ma, co każe nam domniemywać, że to ten stuprocentowy ekstrakt. Jolse twierdzi, że w składzie jest ekstrakt fermentacyjny - a skoro tak, to brakuje drugiego członu fermentacji: grzybów lub bakterii. SkinCarisma również twierdzi, że skład to 100% ekstraktu. Jest tylko jeden mały kłopot. Otóż ekstrakty wodne wymagają jakiegokolwiek konserwantu, żeby to nadawało się do dłuższego użytku. Ekstrakty alkoholowe chyba radzą sobie bez tego, chociaż nie jestem do końca przekonana. Ekstrakty olejowe na pewno, ale oleju tu nie wyczuwam za grosz. Podsumowując - jakoś nie chce mi się wierzyć, że kosmetyk, który ma dłuższy okres przydatności - nie ma w sobie niczego więcej w składzie niż sam ekstrakt. Chociażby wody. Trochę to zachwiało moją wiarę w firmę, bo wolę znać pełne składy. Chociaż może i ma to tylko ten esktrakt?....Jeśli na pokładzie jest jakiś znawca, proszę o wypowiedź.

Jak działa?
Esencji używam już dość długo, zwykle w porannej pielęgnacji, gdyż łatwo się ją nakłada i kosmetyk bardzo szybko się wchłania. Małym problemem (chociaż w sumie nie dla mnie), jest fakt, że moja skóra właściwie jest wypielęgnowana, co oznacza, że raczej nie zauważę żadnych zmian na lepsze. Na pewno natomiast nic mi się po niej nie pogorszyło. Żadnych zapchanych historii, wręcz przeciwnie, skóra jest miękka, gładka, rozjaśniona. Podsumowując - esencja jest bardzo sympatyczna, jest bardzo dobrym kosmetykiem zwłaszcza dla skóry mieszanej i tłustej. Dla suchej i normalnej może być za lekka. Czy ją kupię ponownie?
Szczerze powiem, nie wiem. Jest fajna, jednak wolę trochę treściwsze kosmetyki tego typu. Jeżeli będę chciała esencję 100% z jakiegoś ziela - chociażby z wąkroty, którą można i u nas kupić w formie suszu, wyciągu lub kapsułek - to po prostu sobie zrobię taką (i wtedy podam Wam przepis na moim drugim - zielarskim blogu). Natomiast jeśli nie czujecie się na siłach, by samemu kombinować takie cudo, a chcielibyście spróbować czegoś bardziej naturalnego o krótkim (choć dla mnie ciut dyskusyjnie krótkim) składzie - to zastanówcie się nad Elizaveccą.
Mieliście już może tą esencję u siebie?